08.02.2017

Jak robić wszystko, czego zakazują poradniki, czyli „Ch…owa Pani Domu”


Autorka: Magdalena Kostyszyn
Tytuł: „Ch…owa Pani Domu”
Wydawnictwo: Flow Books
Rok wydania: 2016
Okładka: miękka
Liczba stron: 288

„Co zrobić ze źle przeżytym dniem? Zanieść do działu reklamacji? Podrzucić sąsiadce? Pierdolnąć nim o ścianę?”

Z „Chujową Panią Domu” spotkałam się parę lat temu w serwisie Facebook. Stronę o nietuzinkowej tematyce szybko polubiłam, niejednokrotnie, w duchu, jednocząc się z niedoskonałymi dokonaniami kobiet z różnych części Polski. Zdjęcia nadsyłane na ten profil przedstawiają nie tylko bałagan, który za nic nie chce się posprzątać, ale i wypieki dalece nieprzypominające tych ze zdjęć inspiracyjnych lub niezwykłą kreatywność w wykorzystaniu różnych rzeczy niezgodnie z ich przeznaczeniem. Tampony jako separatory do malowania paznokci? Zastąpienie cedzaka rakietą tenisową? Przyczepienie do bocznej części suszarki zabawek nad łóżeczko dziecka? Między innymi to pojawiło się na „Chujowej Pani Domu”, a oprócz tego nadal przewijają się tam hasła zniechęcające w żartobliwy sposób do sprzątania, gotowania i ogółem prowadzenia domostwa. Dosadne treści przyczyniły się do fenomenu strony i wcale się nie dziwię, że zamiast płakać nad rozlanym mlekiem tudzież przypalonym garnkiem zarówno młode, jak i starsze kobiety postanowiły wziąć na luz i wspólnie się pośmiać. „Chujowa Pani Domu” to nie tylko prześmiewcza odpowiedź na uparte dążenie do perfekcji, promowane w mediach idealne żony, matki i kochanki, wszechobecne w Internecie fotografie pięknie przyrządzonych posiłków – to przede wszystkim przedstawienie prawdziwego, często przekornego, życia.

O tym, że autorka „Chujowej Pani Domu” wydała książkę o tym samym, aczkolwiek wykropkowanym w wiadomym miejscu, tytule, dowiedziałam się jeszcze w ubiegłym roku. Magdalena Kostyszyn przedstawiła ją następująco: „ […] to zbiór 43 felietonów dotyczących kobiecości, macierzyństwa, związków, społeczeństwa, relacji rodzinnych oraz krótko mówiąc: problemów współczesnych kobiet. O ważnych rzeczach mówię tu językiem lekkim, nadużywam autoironii i przesyłam pstryczka w nos utartym stereotypom myślowym”. I faktycznie, treść w książce jest podzielona na siedem części mających po kilka krótkich artykułów. Autorka pisze trochę o sobie (okazało się, że łączy nas strach przed zatelefonowaniem do kogokolwiek w jakiejkolwiek sprawie oraz notoryczne rozdzielanie, za sprawą prania, skarpetkowych związków), ale w większości wciela się w postać wykreowaną na potrzeby tekstu i dopasowaną do jego charakteru. Mamy więc do czynienia z dziewczynką podpierającą ścianę na szkolnej dyskotece, znerwicowaną przyszłą panną młodą, nieogarniętą mamą dwójki dzieci, świeżo upieczoną matką, freelancerką pracującą w domu, ekspedientką sklepu odzieżowego (pierwsza praca po studiach magisterskich) oraz Polką na wakacjach. W każdej z nich czytelniczka może odnaleźć cząstkę siebie i to jest niejako pocieszające, nie wspominając o tym, że niektóre fragmenty naprawdę rozbrajają. W książce znajdziemy także listę utworów do zmarnowania czasu i smucenia się, porady zaczerpnięte z seriali, wykaz dolegliwości spowodowanych świąteczną gorączką i święta, jakich zdecydowanie nie trzeba obchodzić, ale można (np. Dzień bez Przekleństw). Pojawiają się też trudniejsze tematy i depresja jest jednym z nich, a autorka ujmuje tę chorobę w prosty sposób: może pojawić się niespodziewanie i szybko wprowadzić się do naszego życia. Przeważa jednak humor zamknięty w bardzo lekkim języku. Potoczne sformułowania i przekleństwa nie są „Ch…owej Pani Domu” obce, ale niezwykle naturalnie wpisują się w zdania i ich obecność w ogóle nie przeszkadza.

Niektóre rozdziały odrobinę mnie nużyły, inne odpowiadały mojemu światopoglądowi i tu za przykłady mogę śmiało podać trafny komentarz do nadawania dzieciom imion spod kategorii „wymyślne” albo nadopiekuńczość niektórych matek ujęta w dziewięciu krótkich akapitach. Mimo różnorakiej tematyki łatwo wciągnąć się w tę lekturę, gdyż czyta się ją szybko i przyjemnie, a to pożądana cecha książek będących zbiorem tekstów o ściśle określonych zagadnieniach.

Mimo całej sympatii do tworu, jakim jest „Chujowa Pani Domu”, po lekturze książki naszła mnie refleksja, że do śmiechu było mi głównie w momentach opisujących sytuacje bardzo zbliżone do tego, co przeżyłam ja sama. Nie dostałam nic nowego, nie licząc paru informacji z życia autorki, a jestem pewna, że te szybko wyparują z głowy albo osiądą na dalekich obrzeżach pamięci. Nie otrzymałam treści, które zechciałabym zachować w umyśle na dłużej, a jednocześnie takich, z jakimi sama bym się na chwilę obecną nie utożsamiła. Możliwe, iż „Ch…owa Pani Domu”, pełniąc rolę nieporadnika, wcale nie musi nic dawać. Bo ma służyć relaksowi i być dopełnieniem postów ze strony z ponad pół milionem polubień. Jednak dla niektórych to za mało, a ja, ze względu na własne mieszane odczucia, wystawiam książce neutralną ocenę. Nie było źle, ale i nie było najlepiej i do tej pozycji najpewniej nie powrócę. Z pewnością nie zapomnę o nazwaniu kopytek (lub klusek)„mącznymi stworami”. Polecałabym książkę osobom, które zetknęły się z „Chujową Panią Domu” i ją najzwyczajniej w świecie lubią, a może i same buntują się przeciwko ideałom oraz życiowej drodze zaplanowanej bez potknięć. A recenzję zakończę jednym ze zdań Magdaleny Kostyszyn, niezwykle urzekającym ciosem motywacyjnym dla zlęknionych: „Bać się można toalety w PKP, a nie życia”.

Ocena: 5 na 10 gwiazdek
Werdykt: czytanie szło jak po maśle, ale bez większej satysfakcji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Odwiedziny

Obserwatorzy