25.08.2017

Powolne zmiany to dobre zmiany, czyli „Ogród małych kroków”

Autorka: Abbi Waxman
Tytuł: „Ogród małych kroków”
Tytuł oryginalny: „The Garden of Small Beginnings”
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 368

Często mówi się, że trzeba poczynić jakieś kroki ku zrobieniu tego czy tamtego. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, prawda? Każdy człowiek posiada mniej lub bardziej określony zestaw reakcji i zachowań, ale różne sytuacje mogą wpłynąć na psychikę w taki sposób, że później ciężko wykonać coś, co wydawało się proste. Dla jednych może być to zdobycie szczytu w celu pokonania lęku przed wysokością. Dla drugich z pozoru banalne wyjście z domu. Czy da się pracować nad wewnętrznymi obawami i słabościami? Tak, ale potrzeba do tego dużo cierpliwości, motywacji i wsparcia. To właśnie pokazuje książka „Ogród małych kroków”.

Minęło już kilka lat od śmierci męża Lilian, utalentowanej ilustratorki i matki dwóch małych dziewczynek: Annabel i Clare. Kobieta nie do końca pogodziła się z przedwczesną stratą miłości swojego życia, ojca jej córek, ale postanowiła walczyć z depresją i o pogodę ducha. Nie zawsze się udaje przez natłok bólu i wspomnień, ale przecież ma dla kogo żyć…

Pewnego dnia Lilian otrzymuje wyjątkowe zlecenie. Będzie musiała wykonać ilustracje do poradnika dotyczącego uprawy warzyw, ale najpierw na własnej skórze ma przekonać się, jak taka uprawa wygląda. Szefowa wysyła ją na sześciotygodniowy kurs. Chcąc dodać sobie otuchy, na szkolenie prowadzone przez niejakiego Edwarda Lilian zabiera córki i siostrę Rachel. Tam poznają innych kursantów: pielęgniarkę Angie, emerytowanego Gene’a, surfera Mike’a oraz dwie dawne nauczycielki, Eloise i Frances. Różny wiek oraz zainteresowania nie przeszkadzają grupie ludzi do nawiązania znajomości zahaczającej o przyjaźń. Ważną rolę w zbliżeniu uczestników kursu niewątpliwie odgrywa Edward, niezwykle inteligentna i pociągająca, zdaniem Lilian, osoba. Na pierwszej lekcji objaśnia wszystkim, że praca odbędzie się w mniejszych grupkach i każda będzie odpowiedzialna za inny rodzaj roślin: warzywa korzeniowe, sałaty, rośliny pnące i drobne owoce. Obiecuje również, że dzieci będą mogły w dowolny sposób wykorzystać niewielką połać ogrodu na wyhodowanie czegoś dla siebie. Lilian wychodzi naładowana pozytywnymi myślami, ale wkrótce potem dowiaduje się o zamknięciu działu kreacji w wydawnictwie, w którym pracuje. Perspektywa niechybnej utraty posady skłania kobietę do poważnych rozmyślań nad przyszłością, a z pomocą, poza najbliższą rodziną, przychodzą właśnie nowo poznani ludzie. Edward ofiaruje czas na przekształcenie prywatnego ogrodu Lilian, nieco pustawego, w prawdziwie inspirującą przestrzeń, zaś kiełkujące obustronne uczucie uświadamia główną bohaterkę, że ma prawo się zakochać… Nie odbywa się to natychmiastowo, a droga do porozumienia obu spragnionych nowego doświadczenia dusz jest wyboista i pełna wahania. Tym bardziej, że Edward też ma za sobą trudne chwile. Lilian i Edward to nie jedyne postacie posiadające szansę na odnalezienie bratniej duszy, ale jest to na tyle zaskakująca kwestia, że pozostawię ją w sekrecie.

„Ogród małych kroków”, jak wskazuje tytuł, to historia o przełamywaniu własnych barier stopniowo, zgodnie z tym, co podpowiada ciało i rozum. Znajdują się w niej motywy miłości, odwagi, zacieśniania rodzinnych więzi i żałoby. Abbi Waxman z wyczuciem godnym podziwu przedstawiła rozterki Lilian, z jednej strony wciąż zmagającej się ze śmiercią męża, a z drugiej strony dojrzewającą do gotowości na wkroczenie w nowy związek. Relacje między dorosłymi bohaterkami, siostrami i ich matką, zostały dobrze nakreślone i wzbudzały momentami radość, momentami smutek. Myślę, że wątek macierzyństwa też przyniósł książce wiele pozytywnych wibracji, bo Annabel i Clare są urocze w swoim dziecięcym postrzeganiu świata, są iskierkami rozjaśniającymi strony powieści. Nie jest tak, że zakochałam się w „Ogrodzie małych kroków”, poniżej napiszę parę słów o tym, czemu nie zauroczyłam się tą opowieścią, choć miałam na to nadzieję. Doceniam, że o warzywach czytelnik może się dowiedzieć faktycznie sporo, przy czym natura, przewijająca się mnóstwo razy, służyła czysto praktycznym celom i na szczęście na koniec nikt nie stwierdził, że dostrzegł w niej pasję i do końca życia będzie uprawiać warzywnik. Zmiany zachodziły w postaciach dzięki innym postaciom, a kurs uprawy warzyw, choć absolutnie odprężający i wprowadzający powiew świeżości, był tłem całości.

Tuż przed dotarciem do połowy powieści przeczuwałam, że ocenię ją średnio. Niespecjalnie spodobał mi się styl autorki. Momentami miałam wrażenie, iż czytam opowiadanie początkującej pisarki, a przecież obyczaj, gatunek zawierający w sobie prostotę codziennego życia, wcale nie narzuca prostoty warsztatu. Nie za bardzo polubiłam też Lilian, zwłaszcza jej dziwacznego poczucia humoru, dodatkowo za irytujące uważałam żarty, które śmieszyły ją i innych, ale nie mnie. Ogółem kreacja bohaterów wydawała się niekiedy naciągana tudzież niedopracowana, z drugiej strony wręcz przerysowana. Szóstą gwiazdkę postanowiłam wręczyć za urokliwe dodatki zawarte między rozdziałami, krótkie poradniki dotyczące uprawy poszczególnych warzyw, ozdobione małymi ilustracjami.

Muszę jeszcze pochwalić przykuwającą uwagę okładkę. W moim uznaniu jest to zdecydowanie najpiękniejsze wydanie powieści Abbi Waxman, najbardziej nawiązujące do natury i nawet bez kobiecej postaci, z samymi roślinami, prezentowałoby się wręcz cudnie.

A podsumowując całokształt treści – jeżeli czytelnik chwyci dowcip autorki, możliwe, że oceni książkę lepiej. Nie odmawiam jej ciepła przełamywanego czasami goryczą i lękami. Na pewno nie warto nastawiać się na odmieniającą życie literaturę czy płomienne romanse, ale trzeba przyznać, że uczuciowości tu nie brakuje.

Ocena: 6/10
Werdykt: czytanie szło jak po maśle, ale bez większej satysfakcji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wróć na górę